Ziemia jest okrągła i można ją całą objeździć...
To mój pamiętnik z podróży. Samolot, autostop, namiot, couchsurfing i nie za dużo w portfelu - tak można scharakteryzować wyjazdy, z których relacje i zdjęcia zamieszczam na tym blogu. Staram się pokazać, że aby zwiedzać świat nie trzeba mieć dużo pieniędzy. Wystarczy wyobraźnia i odwaga w realizacji celów. Swoimi wspomnieniami chciałabym zainspirować innych do spełniania marzeń. Pozdrawiam!
niedziela, 23 kwietnia 2017

Wstajemy wcześnie bo do ogarnięcia dużo rzeczy: zobaczyć Koblencję, wrócić o czasie na lotnisko po drodze oddając zatankowany samochód. Challenge accepted!

Jemy obfite śniadanie i pakujemy się do końca. Już mamy wychodzić ale jest jeden problem - Mareike ciągle śpi. Głupio tak ją budzić (wczoraj powiedziała, że wstanie) ale jeszcze bardziej głupio tak wychodzić bez pożegnania.. Czas ucieka. Na szczęście Mareike wybawia nas z opresji i wstaje. Żegnamy się dosłownie na progu i wychodzimy.

Dzień zaczynamy od kawy, a jakże. Koblencja powoli budzi się do życia. Idziemy jeszcze do informacji turystycznej a następnie w stronę Renu i Pałacu. Deptak nad Renem - coś fantastycznego. Po Renie cały czas pływają barki - wracają wspomnienia ubiegłorocznej wizyty w Kolonii. Naszym celem jest Deutsches Eck - miejsce gdzie Mozela wpływa do Renu.

Deutsches Eck jest ogromny - nie spodziewałam się, że aż tak. Fajne miejsce do relaksu i gapienia się w wodę. My jednak nie mamy aż tyle czasu więc szybko wracamy. Idziemy przez Stare Miasto, po drodze zahaczamy o najważniejsze punkty z mapki. Frytki też jemy w biegu.

Wracamy pod dom Mareike i wsiadamy do samochodu. Kierunek lotnisko. Przy lotnisku tankujemy do pełna oraz oddajemy plastikowe butelki. Maszyna do ich przyjmowania sprawiła nam niezłą frajdę! Fajne to było.

Lokalizujemy właściwy parking przy terminalu - tam gdzie mamy oddać wypożyczony samochód. Po chwili pojawia się gościu z obsługi, pobieżnie ogląda samochód, zabiera nam kluczyki i mówi, że wszystko ok. Na koniec robimy sobie pamiątkowe zdjęcie naszego kilometrażu i idziemy w stronę terminala.

Na terminalu jesteśmy po 12:30 Idealnie! Dojadamy resztki z naszych plecaków, przechodzimy przez kontrolę bezpieczeństwa i w zasadzie tyle. Jednak żeby nie było tak nudno to ja zaliczam przygodę - stojąc na schodach do wejścia do samolotu wiatr wyrywa mi kartę pokładową z ręki. Tylko widzę jak leci hen, daleko ;). Zbiegam ekspresem po schodach i zaczynam ją gonić po płycie lotniska. Na szczęście pan z obsługi łapie kartę i oddaje mi - mogę wracać. Aha, i stewardessa sadzi mnie w rzędzie 13-tym, awaryjnym. Żaba myślała, że ja pomyliłam rzędy - wraca do mnie. A stewardessa orientując się, że lecimy razem - i ją sadza na awaryjnym, na przeciwko ;). Śmieszny ten koniec wyjazdu. To były dobre 4 dni.

Wstajemy leniwie i nieśpiesznie. Kasia ma dzisiaj urlop i zaoferowała nam wspólny spacer po mieście - w to mi graj! Jemy wspólnie śniadanie, kawkujemy i ruszamy.

Idziemy wzdłuż Mozeli aż do Mostu Rzymskiego. Kamienny most powstał w latach 144-152 (!) i do dzisiaj zachowało się pięć z dziewięciu oryginalnych filarów mostu. Most od 1986 roku znajduje się na liście UNESCO razem z innymi rzymskimi zabytkami Trewiru. Idziemy pod dom Karola Marksa a następnie spacerujemy po ulicach i uliczkach miasta. Rzymskie pozostałości naprawdę robią wrażenie - mam czasem poczucie cofania się w czasie i przenoszenia się w inne miejsca. 

Miasto wydaje się przyjemne do życia - nie za duże, nie za małe, wzgórza, niska zabudowa, winiarnie, rzeka i dużo terenów zielonych. Na mieście dużo kawiarni i knajpek, wystawione stoliki. Chcę się żyć. 

Zatrzymujemy się na kawę w jednej kawiarni i później znowu spacerujemy. Na deser zostawiamy sobie Katedrę i jej ogrody. To było dla mnie przyjemne odkrycie dnia. I od razu skojarzenie z Francją i ogrodami przy kościołach, opactwach itd. 

Obiad jemy w japońskiej knajpce gdzie zjadam zupę miso i wołowinę z ryżem, imbirem i jakąś zieleniną. Dobre! Kręcimy się jeszcze po mieście w urokliwej dzielnicy niskich, parterowych domków i powoli wracamy. Na pożegnanie wypijamy mocne espresso, żegnamy się z Kasią i ruszamy dalej.

Jedziemy do Koblencji - celowo wybieramy drogę wzdłuż wijącej się Mozeli i urokliwych miasteczek, jedziemy doliną winiarni i zamków. I to wszystko przy zachodzącym słońcu. Widzicie to swoimi oczami? Zatrzymujemy się w miasteczku Cochem, spacerujemy i fotografujemy. Jest pięknie a w sezonie to musi tutaj być przepięknie. Może kiedyś się skuszę na rejs po środkowej części Renu albo po Mozeli?

Do Koblencji docieramy już po zmroku. Czeka na nas Mareike - studentka matematyki, która chce jej uczyć dziec w podstawówce. Przy herbacie opowiadamy o wrażeniach dnia dzisiejszego i planach na następny dzień. Zostajemy w domu, nie mamy siły i ochoty na nocne chodzenie po Koblencji. Jutro wstaniemy i zobaczymy to za dnia.

sobota, 22 kwietnia 2017

Wstajemy po 8. Budzi nas słońce i człowiek od razu wie, że to będzie piękny dzień. Urs wstaje razem z nami, razem jemy śniadanie i gadamy. Dzisiaj umówił się na wycieczkę za znajomymi, my mamy w planach chodzenie po Luksemburgu. Przed 9 żegnamy się i wsiadamy do auta żeby podjechać bliżej centrum. Udaje nam się, zostawiamy rzeczy i zaczynami spacer.

Niestety, największa atrakcja Luksemburga czyli Most Adolfa, dalej jest w remoncie. Jedynie został już udostępniony przejazd po nim a tak to przykryty rusztowaniami. Szkoda ale na to nie mamy wpływu. Na szczęście jesteśmy w mieście mostów więc aż tak bardzo nie żałujemy.

Spacer rozpoczynamy od kawy na Le Place D'Armes obserwując jak miasto powoli budzi się do życia. Dalej idziemy w kierunku Place Guillaume II żeby zabrać jakieś mapki z informacji turystycznej. Na placu odbywa się pchli targ co ma swój klimat - kupić można dosłownie wszystko. Jest też koncert i przemówienia lokalnych rządzących. Pierwszy raz słyszę luksemburski - dziwny to język!

Kręcimy się w okolicy Katedry Notre-Dame a następnie idziemy w puste rejony Cite Judiciaire - niesamowite wrażenie wymarłego miasta (są tutaj urzędy). Wracamy więc na uliczki starego miasta i idziemy w stronę skały Bock. Dzisiejszy most kończy się pozostałością po wieży XII-wiecznego zamku, zwaną "Dziurawym Zębem". Stoimy na skale, a w skale wydrążone kanały, obok pozostałości po mostach, twierdzy i murach obronnych (całość systemów obronnych została wpisana na listę UNESCO) - robi to niesamowite wrażenie. Naprawdę warto to zobaczyć.

Schodzimy na dół do rzeki Alzette żeby wzdłuż niej się przespacerować - na balkon jeszcze wrócimy. Dopiero z poziomu rzeki widać ogrom murów i twierdzy. Na skałach lub pod nimi są obecnie zrobione mniejsze lub większe ogrody oraz parki - to prawdziwa wizytówka Luksemburga.

Mijamy byłe opactwo Neumunster będące obecnie siedzibą Europejskiej Stolicy Kultury. Dochodzimy na dzielnicy Grund i wspinamy się - chcemy teraz zobaczyć Luksemburg z góry. W okolicach owego balkonu są porobione punkty widokowe, miejsca z ławkami, mini skwery - super sprawa. A Luksemburg z góry robi piorunujące wrażenie, zwłaszcza jeśli na balkonie jesteśmy popołudniem kiedy słońce wszystko oświetla...

Głodniejemy i idziemy na obiad. Wybieramy KFC bo na restauracje nas nie było stać... Taka smutna prawda o tym bogatym państwie. Popijamy kawą z McD i idziemy ponownie na balkon - jednak teraz odwiedzamy jeszcze Pałac Grand-Ducal - jest przepiękny. Akurat wychodzi z niego jakiś gościu z kobietą pod rękę i ochroną, ludzie klaskają, oni machają - może to jakiś książę Luksemburga był?

Siadamy na ławce na balkonie i wcale nie mamy zamiaru się przez najbliższy czas ruszać - jest tak pięknie. Siedzimy i patrzymy jakbyśmy chciały zapamiętać każdy szczegół z panoramy. Piękne to miasto.

Mostem Passerelle oraz parkami wracamy w stronę samochodu. Pora ruszyć dalej. W GPS wklepujemy adres pobliskiego amerykańskiego cmentarza, na którym zostało pochowanych 5073 żołnierzy. Polegli oni podczas dwóch miesięcy walk na przełomie 1944 i 1945 roku w bitwie o Ardeny. Cmentarz, piękny i zadbany, robi wrażenie. Warto go zobaczyć.

Wsiadamy do samochodu i jedziemy do Niemiec. Kierunek Trewir! Droga jest tak malownicza, że mam ochotę co 5 minut wysiadać z samochodu i robić zdjęcia. Najlepszą naszą decyzją zaraz po wypożyczeniu samochodu było omijanie autostrad i wybieranie tylko lokalnych dróg. Wyobraźcie sobie: zielone pagórki, bezkres aż po horyzont, winiarnie na zboczach, pasące się krowy, zero samochodów, złota godzina przy zachodzącym słońcu i wijąca się Mozela. Idealnie!

Do Trewiru wjeżdżamy przy zachodzącym słońcu. Jedziemy do domu naszych gospodarzy - polsko-niemieckiego małżeństwa - Kasi i Svena. Rozmawiamy chwilę przy herbacie ale decydujemy się jeszcze na wieczorny spacer dając im trochę czasu na odpoczynek (nad ranem dopiero wrócili z wakacji mając jeszcze stłuczkę po drodze...). Idziemy.

Trewir jest dziwnie opustoszały - może dlatego że jest niedzielny wieczór i wszyscy szykują się już do pracy a nie siedzą w restauracjach. Znajdujemy kebab a jakże! Marzyłam o nim od dwóch dni, ledwo wylądowałam w Niemczech. Objadamy się do granic możliwości i idziemy na spacer do najważniejszych punktach miasta. Wypijamy też wieczorne piwko z widokiem na najważniejszy zabytek miasta - Porta Nigra. Kręcimy się jeszcze i po prawie 3 godzinach wracamy do domu - tak, miał być krótki spacer. Kasia zaczęła się już o nas martwić.

Siedzimy jeszcze do późna w salonie rozmawiając o życiu, podróżach, książkach, muzyce, pracy, imigracji - o wszystkim :) Jest miło ale koło pierwszej w nocy poddajemy się i padamy spać. Jutro podbijamy Trewir za dnia!

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

miejsce – Luksemburg, Niemcy (Luksemburg, Trewir, Koblencja)

czas – 1-4 kwiecień 2017 r.

skład – Andzia i Żaba

liczba przebytych kilometrów – 843 km + 843 km samolotem, 389 km wypożyczonym samochodem oraz pieszo

sposób transportu – WizzAir (Katowice - Frankfurt Hahn oraz Frankfurt Hahn - Katowice), wypożyczony samochód, własny dojazd na/z lotnisko w Polsce

koszty – bilet z Katowic: 49zł/os, bilet do Katowic: 49zł/os, wydatki na miejscu ...

wskazówki - 2 kraje w 3 dni - to się da!

Zdjęcia są tutaj.

Spotykamy się o godzinie 10 – jest piękne, słoneczne sobotnie przedpołudnie – idealne żeby rozpocząć wycieczkę. Jedziemy  na Pyrzowice. O tej porze na lotnisku jest pusto, nie ma wielkich kolejek i tłumów. Odprawa i wsiadamy – jestem tak podekscytowana tym lotem – czekałam prawie rok! Co za emocje. 

Lądujemy w Hahn – to lotnisko rzeczywiście znajduje się w polu. Piękne przestrzenie, zielono – wiosna w pełni. Idziemy do wypożyczalni odebrać zamówiony samochód. Chwila formalności, trochę stresu i dostajemy kluczyki. Zamiast zamówionego Volkswagena Up dostajemy Grande Punto – super bo dodatkowy stres ze zmianą samochodu już mniejszy (Monika prywatnie jeździ właśnie Grande Punto). Sprawdzamy wszystko, pakujemy się i ruszamy – kierunek Luksemburg!

Po drodze robimy zakupy na te kilka dni żeby nie zaprzątać sobie nimi głowy w najbliższym czasie. Samochód na kilka dni to jednak wygoda.

Luksemburg City wita nas przelotnym deszczem, zmianą języka na francuski w GPS oraz wielkimi budowami apartamentowców. Parkujemy w dzielnicy Gaasperech – typowej sypialni z rzędami domów, niedaleko od centrum. Wita nas Urs – nasz couchsurfingowy host. Urs jest Niemcem z Bawarii ale już od 8 lat mieszka i pracuje w mieście Luksemburg. Jest więc wyjątkowy pod tym względem bo tysiące Niemców, Belgów i Francuzów dziennie dojeżdża do Luksemburga do pracy i wieczorem wraca do swoich krajów. Tak więc Luksemburg jest trochę takim sztucznym miastem. Jest też bardzo multikulturowy bo największe mniejszości narodowe to Portugalczycy i Polacy. Na ulicach równolegle słychać francuski, niemiecki, luksemburski i angielski oraz wiele języków mniejszości narodowych. Mieszanka wybuchowa.

Urs napisał nam wcześniej, że planuje wspólny obiad ze znajomymi. Więc oprócz nas są jeszcze dwie Rosjanki, Polka i Francuz. Obiad albo i kolacja zaczyna się po 20 i trwa do prawie 22. Takie zachodnie zwyczaje. Do tego drinki, koktajle i 3 języki przy stole. Kosmos.

Po 22 zbieramy się na nocny spacer po mieście Luksemburg. Podjeżdżamy autobusem (ciekawostka: autobusy w sobotę są za darmo żeby każdy mógł dojechać autobusem na imprezę i jeżdżą całą noc żeby każdy wrócić - przykład państwa, które myśli) i idziemy na najsłynniejszy balkon świata. Robi wrażenie ale ja wiem, że jutro w ciągu dnia będzie jeszcze piękniejszy. Pod nami rzeka Alzette i najmodniejsza dzielnica do mieszkania – Grund oraz imprezowania – Clausen. Idziemy jeszcze na drinki do pubu, wracamy do domu już po północy. Padamy spać.

piątek, 06 stycznia 2017

miejsce – Praga (Czechy)

czas – 17-18 grudzień 2016 r.

skład – Andzia i Bartek

liczba przebytych kilometrów – 460km + 460km autobusem, pieszo

sposób transportu – Polski Bus (Katowice Dworzec PKS - Praha Florenc), własny dojazd na/z dworzec

koszty – bilet autobusowy z Katowic: 20zł/os, bilet autobusowy do Katowic: 20zł/os, wydatki na miejscu

wskazówki - praskie jarmarki!

Zdjęcia są tutaj. 

Wycieczkę do Pragi zaczynamy około północy, kiedy to tramwajem jedziemy do centrum Katowic. Jest zimno, marzniemy już na przystanku. Na dodatek Polski Bus się spóźnia, zamiast o godzinie 00:45 wsiadamy dopiero około 01:30 w nocy, solidnie zmarznięci i zmęczeni przepychaniem się z ludźmi... Wsiadamy pod sam koniec (a wsiadało lekko z 50 osób) ale pomimo tego siedzimy razem, na dole, na czwórce przy stoliku. Siadamy, stopery i mnie już nie ma... Przesypiam całą drogę, Bartek praktycznie nie śpi w ogóle... Będzie ciekawie.

W Pradze jesteśmy o czasie (nadrabiamy opóźnienie), krótko przed 7 rano. Jest ciemno i chłodno, my rozespani. Idziemy do pobliskiego McD, jemy śniadanie, pijemy kawę. Czekamy do ósmej i rozpoczynamy dzień. 


Zaczynamy Drogę Królewską od Bramy Prochowej, następnie Celetną dochodzimy na rynek Starego Miasta. Jest totalnie pusto! Po drodze widzimy już świąteczne jarmarki, już się cieszę na wieczór. Idziemy dalej ulica Karlovą do Mostu Karola. Most jest jeszcze bardziej mistyczny niż zwykle - pusty a znad Wełtawy unoszą się mgły... W oddali Hradczany.

 

Wspinamy się po uliczkach Małej Strany i jesteśmy na Hradczanach. Ludzi praktycznie nie ma. Przechodzimy skrupulatną kontrolę przed wejściem. Katedra św. Wita i całe obejście Zamku Królewskiego udaje nam się bezboleśnie zwiedzić. Nie wchodzimy do żadnych zamkowych wnętrz, odpuszczamy też Złotą Uliczkę. O godzinie 10 jesteśmy po drugiej stronie Hradczan, w pobliżu schodów od strony Letnych Sadów. Mała Strana z góry jest morzem czerwonych dachów... Jesteśmy jedynymi osobami, które schodzą z Hradczan (!) a tłum gęstnieje na wejściu. Trochę zmarzliśmy więc pora na drugie śniadanie. Schodzimy i idąc przez most jesteśmy na Josefovie. Na Kaprovej mamy KFC - idealny przystanek z ciepłą herbatą.

 

Na godzinę 11 jesteśmy z powrotem na Rynku żeby zobaczyć Orloja w akcji. Rynek, który 2,5 godziny temu był pusty, teraz już tętni życiem. Ludzi więcej, jarmarki pootwierane, czuć zapach grzanego wina i pieczonego trdelnika!

 

Wracamy na Josefov i kręcimy się, żeby zobaczyć wszystkie synagogi. Udaje się! Wracamy z powrotem na rynek Starego Miasta i kierujemy się dalej na południe, w stronę historycznego miasta św. Gawła. Po drodze objadamy się trdelnikiem - o matko, jakie to dobre!

 

Tętnią targi, tętnią jarmarki, zapach grzanego wina jest coraz bardziej intensywny. Dochodzimy do Wełtawy i idziemy wzdłuż niej na południe, wchodząc do Nowego Miasta. Na placu Vaclavskie Namesti oraz na Mustku nie daje się już szpilki wcisnąć, tyle ludzi!

 

Głodniejemy ale niestety nasza sprawdzona knajpka jest cała zajęta, tylu chętnych. Zmieniamy więc plany i idziemy w stronę naszego hostelu (jak dobrze, że mamy nocleg na Karlovej). Meldujemy się i zostajemy w pokoju. Bartek zasypia, jest tak zmęczony nieprzespaną nocą...

 

Robimy drugie podejście do restauracji i udaje się! Standardowo jemy vyprażany syr i hranolky. Przepyszne! Brzuchy mamy tak pełne, że ledwo wracamy do pokoju. Bartek zostaje, ja idę przed siebie - Karlovą na most Karola, przeciskam się przez ludzi (choć i tak nie ma takiej tragedii jak w sierpniu). Na początku Małej Strany idę do McD po kawę - i z kawą w jednej ręce a aparatem w drugiej wspinam się ponownie na Hradczany jednak teraz jeszcze innymi schodami. Mała Strana jest magiczna, uwielbiam! Podziwiam Pragę z góry o zmroku i wracam na Stare Miasto.

 

Idziemy już razem na jarmarki. W końcu! Pijemy grzane wino (naprawdę dobre) i jemy pyszne halousky. Homory nam dopisują, warto było przyjechać do Pragi zimą, w okresie przedświątecznym. Zrobiliśmy dziś 20 km na nogach więc idziemy do pokoju na zasłużony odpoczynek.

 

Rano zbieramy się sprawnie i drogą królewską wracamy na dworzec. Po drodze zakupy w Billi i szybkie śniadanie w McD. Wsiadamy do Polskiego Busa i z przygodami (gołoledź, zamknięta autostrada) jedziemy do Katowic. Prago, dziękujemy!

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 36