Ziemia jest okrągła i można ją całą objeździć...
To mój pamiętnik z podróży. Samolot, autostop, namiot, couchsurfing i nie za dużo w portfelu - tak można scharakteryzować wyjazdy, z których relacje i zdjęcia zamieszczam na tym blogu. Staram się pokazać, że aby zwiedzać świat nie trzeba mieć dużo pieniędzy. Wystarczy wyobraźnia i odwaga w realizacji celów. Swoimi wspomnieniami chciałabym zainspirować innych do spełniania marzeń. Pozdrawiam!
piątek, 06 stycznia 2017

miejsce – Praga (Czechy)

czas – 17-18 grudzień 2016 r.

skład – Andzia i Bartek

liczba przebytych kilometrów – 460km + 460km autobusem, pieszo

sposób transportu – Polski Bus (Katowice Dworzec PKS - Praha Florenc), własny dojazd na/z dworzec

koszty – bilet autobusowy z Katowic: 20zł/os, bilet autobusowy do Katowic: 20zł/os, wydatki na miejscu

wskazówki - praskie jarmarki!

Zdjęcia są tutaj. 

Wycieczkę do Pragi zaczynamy około północy, kiedy to tramwajem jedziemy do centrum Katowic. Jest zimno, marzniemy już na przystanku. Na dodatek Polski Bus się spóźnia, zamiast o godzinie 00:45 wsiadamy dopiero około 01:30 w nocy, solidnie zmarznięci i zmęczeni przepychaniem się z ludźmi... Wsiadamy pod sam koniec (a wsiadało lekko z 50 osób) ale pomimo tego siedzimy razem, na dole, na czwórce przy stoliku. Siadamy, stopery i mnie już nie ma... Przesypiam całą drogę, Bartek praktycznie nie śpi w ogóle... Będzie ciekawie.

W Pradze jesteśmy o czasie (nadrabiamy opóźnienie), krótko przed 7 rano. Jest ciemno i chłodno, my rozespani. Idziemy do pobliskiego McD, jemy śniadanie, pijemy kawę. Czekamy do ósmej i rozpoczynamy dzień. 


Zaczynamy Drogę Królewską od Bramy Prochowej, następnie Celetną dochodzimy na rynek Starego Miasta. Jest totalnie pusto! Po drodze widzimy już świąteczne jarmarki, już się cieszę na wieczór. Idziemy dalej ulica Karlovą do Mostu Karola. Most jest jeszcze bardziej mistyczny niż zwykle - pusty a znad Wełtawy unoszą się mgły... W oddali Hradczany.

 

Wspinamy się po uliczkach Małej Strany i jesteśmy na Hradczanach. Ludzi praktycznie nie ma. Przechodzimy skrupulatną kontrolę przed wejściem. Katedra św. Wita i całe obejście Zamku Królewskiego udaje nam się bezboleśnie zwiedzić. Nie wchodzimy do żadnych zamkowych wnętrz, odpuszczamy też Złotą Uliczkę. O godzinie 10 jesteśmy po drugiej stronie Hradczan, w pobliżu schodów od strony Letnych Sadów. Mała Strana z góry jest morzem czerwonych dachów... Jesteśmy jedynymi osobami, które schodzą z Hradczan (!) a tłum gęstnieje na wejściu. Trochę zmarzliśmy więc pora na drugie śniadanie. Schodzimy i idąc przez most jesteśmy na Josefovie. Na Kaprovej mamy KFC - idealny przystanek z ciepłą herbatą.

 

Na godzinę 11 jesteśmy z powrotem na Rynku żeby zobaczyć Orloja w akcji. Rynek, który 2,5 godziny temu był pusty, teraz już tętni życiem. Ludzi więcej, jarmarki pootwierane, czuć zapach grzanego wina i pieczonego trdelnika!

 

Wracamy na Josefov i kręcimy się, żeby zobaczyć wszystkie synagogi. Udaje się! Wracamy z powrotem na rynek Starego Miasta i kierujemy się dalej na południe, w stronę historycznego miasta św. Gawła. Po drodze objadamy się trdelnikiem - o matko, jakie to dobre!

 

Tętnią targi, tętnią jarmarki, zapach grzanego wina jest coraz bardziej intensywny. Dochodzimy do Wełtawy i idziemy wzdłuż niej na południe, wchodząc do Nowego Miasta. Na placu Vaclavskie Namesti oraz na Mustku nie daje się już szpilki wcisnąć, tyle ludzi!

 

Głodniejemy ale niestety nasza sprawdzona knajpka jest cała zajęta, tylu chętnych. Zmieniamy więc plany i idziemy w stronę naszego hostelu (jak dobrze, że mamy nocleg na Karlovej). Meldujemy się i zostajemy w pokoju. Bartek zasypia, jest tak zmęczony nieprzespaną nocą...

 

Robimy drugie podejście do restauracji i udaje się! Standardowo jemy vyprażany syr i hranolky. Przepyszne! Brzuchy mamy tak pełne, że ledwo wracamy do pokoju. Bartek zostaje, ja idę przed siebie - Karlovą na most Karola, przeciskam się przez ludzi (choć i tak nie ma takiej tragedii jak w sierpniu). Na początku Małej Strany idę do McD po kawę - i z kawą w jednej ręce a aparatem w drugiej wspinam się ponownie na Hradczany jednak teraz jeszcze innymi schodami. Mała Strana jest magiczna, uwielbiam! Podziwiam Pragę z góry o zmroku i wracam na Stare Miasto.

 

Idziemy już razem na jarmarki. W końcu! Pijemy grzane wino (naprawdę dobre) i jemy pyszne halousky. Homory nam dopisują, warto było przyjechać do Pragi zimą, w okresie przedświątecznym. Zrobiliśmy dziś 20 km na nogach więc idziemy do pokoju na zasłużony odpoczynek.

 

Rano zbieramy się sprawnie i drogą królewską wracamy na dworzec. Po drodze zakupy w Billi i szybkie śniadanie w McD. Wsiadamy do Polskiego Busa i z przygodami (gołoledź, zamknięta autostrada) jedziemy do Katowic. Prago, dziękujemy!

Od rana pogoda jak żyleta - świecące słońce wdziera się nam do pokoju. Zbieramy się więc w miarę, zostawiamy rzeczy i idziemy zjeść śniadanie nad rzeką!

Przechodzimy przez puste jeszcze Maastricht, które jakby chce się zaprezentować w słońcu. Skutecznie bo znowu chce nam się robić zdjęcia. Siadamy na ławce nad rzeką, w promieniach słońca. Jemy śniadanie, obok przepływają wycieczkowe statki. Jest tak leniwie...

Idziemy w stronę Rynku a tam wielkie poruszenie. Ktoś mówi coś przez mikrofon, jest scena, tłumy i autokary. Rozpoznaję autokary grup kolarskich (Tinkoff, Sky, Katiusza, Lempre, AG2R Mondiale i inne...). Czyli szykuje się wyścig kolarski! Po szybkim przejrzeniu internetu wiemy, że ma zostać rozegrany Amstel Gold Race czyli jednodniowy wyścig po holenderskiej części Limburgii. Czyli klasyka gatunku!

Przeciskamy się między ludźmi i autokarami, podziwiamy rowery. Na scenie prezentowane są kolejno grupy kolarskie. Krzyczymy najgłośniej kiedy zapowiadana jest grupa Sky z ubiegłorocznym zwycięzcą wyścigu - Michałem Kwiatkowskim! Później przechodzimy obok ich autokaru i nawet udaje się "Kwiatkowi" zrobić zdjęcie!

Wyścig powoli rusza a my idziemy po kawę do McD. Spacerujemy dalej po Maastricht. Idziemy na południe, wzdłuż rzeki Mozy, mijając mury miejskie, bramy i fortyfikacje. Takie miniaturowe Bergamo :). Maastricht naprawdę mnie zauroczyło - może dlatego, że niespecjalnie się na coś nastawiałam a ono mnie pozytywnie zaskoczyło. I dobrze - fajne są takie miasta i miasteczka perełki!

Idziemy jeszcze na obiad i powoli żegnamy się z Maastricht. Wracamy jeszcze do pokoju, zabieramy wszystkie nasze rzeczy i plecaki. Z dworca odjeżdża autobus do Nijmegen, który po drodze zatrzymuje się na lotnisku. Pora kończyć naszą wycieczkę...

Lotnisko to chyba aż za duże słowo. Autobus zatrzymał się w zatoczce przy autostradzie (zawsze mi się wydawało, że przy lotnisku będą zjazdy i autobus wjeżdża pod terminal...), wysiadłyśmy. Obok maleńka hala przylotów i odlotów, wielkości trochę większej poczekalni u lekarza. Kilka krzeseł, dwie toalety, maciupeńki sklepik i tyle... Ale czemu się dziwić skoro w ciągu dnia są tylko 2 przyloty i 2 odloty... Myślałam zawsze, że Skavsta jest malutka ale Maastricht ją przebiło ;).

Wsiadamy do samolotu, żegna nas piękne słońce. To był udany wyjazd. 3 kraje w 3 dni udało się zrealizować i znowu zobaczyć kawałek świata i poznać nowe miejsca. Do następnego razu!

czwartek, 05 stycznia 2017

Wstajemy leniwie - w końcu jest sobota. Christine od rana uczy się do egzaminu z anatomii. Staramy się jak najmniej jej przeszkadzać (o egzaminie napisała już przed naszym poznaniem się) - jemy więc szybkie śniadanie, wypijamy z Christine kawę i umawiamy się, że wrócimy za kilka godzin. 

Bierzemy rowery z piwnicy i ruszamy na rowerowy podbój Akwizgranu! Jak miło się dzisiaj jeździ bez plecaków, nawet te górki jakieś mniejsze ;). Kręcimy się po Starym Mieście - w okolicach ruin pierwszej osady, pijalni wód, Katedry czy Rynku. Akwizgran został zbudowany przez Rzymian, nie dziwią wiec starożytne mury. Dodatkowo odkryto tutaj wody uzdrowiskowe - nazwa Akwizgran wywodzi się z łacińskiego "aqua" czyli woda... Miasto naprawdę jest klimatyczne, uliczki i kolorowe kamienice są urokliwe. Można tak jeździć i robić zdjęcia bez końca.

Trafiamy też do sklepu z modelami - czy to samochodów, innych pojazdów czy kolejek Piko - oczy wychodzą mi z orbit! W sklepie były tysiące wszelakich pojazdów dosłownie w każdej skali. Ceny od kilku do kilkuset euro! Widać, że modelarstwo jest w Niemczech na całkiem innym poziomie niż u nas. Kupuję mały samochodzik niemieckiego radiowozu za 5 euro, który w domu przerabiam na magnes na lodówkę, a co!

Pogoda zaczyna się psuć - rano było słonecznie jednak na popołudnie były prognozowane dosyć gwałtowne choć krótkotrwałe deszcze. Niebo szczelnie zasnuwa się chmurami a my zastanawiamy się czy lunie za 2 czy 5 minut... Jednak głodniejemy więc odjeżdżamy trochę od Starego Miasta i zatrzymujemy się przy kebabowni. Tyle co złożyłyśmy zamówienie - lunęło i zagrzmiało, aż miło! A kebab znowu na wypasie - grillowana bułka, świeże sałatki z warzyw krojonych na miejscu i na świeżo, podpieczony na orientalną modłę kurczak. Obłęd. Chyba smakował mi jeszcze bardziej, niż ten w Kolonii. 

Czekamy do końca deszczu i z przerwami, właśnie z powodu deszczu, wracamy do mieszkania Christine. Pod koniec było nam już wszystko jedno - jechałyśmy w deszczu, z rozmazanymi kroplami na twarzy i byłyśmy najszczęśliwsze!

Zostawiamy rowery i idziemy zrobić zakupy do Billi - za chwilę opuścimy Niemcy więc trzeba zakupić jakieś Haribo. Wracamy do mieszkania Christine - gadamy jeszcze przy popołudniowej kawce i znowu dopada nas ulewa - i zostajemy uziemione w mieszkaniu na następną kawę. Jednak kiedy tylko na chwilę przejaśnia się - żegnamy się miło i rowerami śmigamy do centrum. 

W wypożyczalni wszystko w porządku - dostajemy kaucję z powrotem więc możemy jechać dalej. Kierunek Holandia! Obok dworca mamy przystanek autobusu Veolia, który jedzie do Maastricht. Wsiadamy, u kierowcy kupujemy bilet i jedziemy. Ostatnie kilometry po niemieckiej stronie i mamy holenderską flagę. Architektura zmienia się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki - domy są parterowe i mają wieeelkie okna. Nie jest to moja pierwsza wizyta w Holandii więc aż tak bardzo mnie to nie zaskakuje - jednak Holandia jest Krajem Wielkich Okien w Domach.

Dojeżdżamy do dworca w Maastricht. Wita nas wielki parking dla rowerów oraz rowery, które już nie zmieściły się na parkingu więc stoją wszędzie i dowolnie. Jednak w rowerowej Kolonii i Akwizgranie byłyśmy zdecydowane na spacery po Maastricht żeby jakaś równowaga była. 

Niedaleko dworca mamy nasz pokój - jednak naszej gospodyni z Couchsurfingu, dziewczyny o pseudonimie lub imieniu Snow, nie ma w domu. Nie przeszkadza jej to jednak zostawić nam klucza w pizzerni na dole oraz kartki na lodówce w pokoju, że możemy sobie tu mieszkać i enjoy Maastricht. Dodatkowo pisze nam gdzie jest łazienka oraz które zwiedzić knajpki. Ciekawe czy kiedyś będę miała tyle luzu w sobie, żeby zrobić tak ze swoim mieszkaniem...

Pokój jest zagracony i chaotyczny ale mamy miejsce do spania więc nie wybrzydzamy. Zostawiamy nasze plecaki i idziemy na spacer w kierunku Starego Miasta. Maastricht jest całkowicie inne. Po tętniącej metropolii z zabytkami czyli Kolonii i górskim Akwizgranie w studenckim klimacie - Maastricht jest dostojnym miasteczkiem z duchem średniowiecza. No i ma ten fajny kamienny most na rzece. Maastricht, cytując Wikipedię, jest najstarszym miastem Holandii, było już zamieszkane od czasów rzymskich.

Znajdujemy McD na kolację - niestety na Starym Mieście o tej porze były otwarte same restauracje, które trochę odstraszały nas cenami... Spacerujemy jeszcze, zaliczamy zachodzące słońce. Zaczyna się robić naprawdę chłodno. Wracamy więc do pokoju, żeby trochę się ogrzać i poratować czekoladą. Podejmujemy jeszcze jedną próbę spaceru jednak robimy tylko kilka zdjęć na Rynku i wracamy. W drodze powrotnej robimy szybkie zakupy na jutrzejsze śniadanie i powrót.

Woda pod prysznicem jest zimna, noc jest zimna - ale słoneczna prognoza na jutro trzyma nas przy życiu.

niedziela, 01 stycznia 2017

Wstajemy wyspane. Rewanżujemy się naszemu gospodarzowi zrobieniem śniadania. Mamy jeszcze okazję nieśpiesznie zjeść i porozmawiać gdyż Bernhardt pracuje zdalnie z domu i zazwyczaj zaczyna pracować koło godziny 10-tej. 

Opowiadamy o naszych dalszych planach podróży, żegnamy się i przed 10-tą idziemy w stronę Starego Miasta. Na drugie śniadanie zamawiamy sobie po kawie i apfelstrudel w małej piekarence. Znów daję radę po niemiecku! Aż serce rośnie. Apfelstrudel smakuje nieprzyzwoicie dobrze, aż mi ślinka cieknie na samo wspomnienie...

Idziemy w okolice dworca gdyż tam chcemy znaleźć upatrzoną wcześniej i tanią wypożyczalnię rowerów. Udaje się wszystko pozytywnie załatwić - dostajemy rowery miejskie, dodatkowo wyposażone w wielkie kosze żeby zmieściły się tam nasze plecaki. Pan z obsługi sprawdza nam powietrze w kołach i dodatkowo daje nam pół godziny jazdy gratis - tak więc mamy 3,5-godziny na wycieczkę rowerową po Kolonii i to za całe 5 euro!

Jedziemy do Rheinpark. Jest przepięknie. Wiosennie, kolorowo od kwiatów i zaczyna świecić słońce. Szare chmury ustępują niebieskiemu niebu! Wracamy pod most Hohenzollernów jednak jedziemy dalej na południe wzdłuż Renu. Wracamy na Stare Miasto drugą stroną rzeki. Głodniejemy. Kupujemy więc kiełbaskę z frytkami oraz następne regionalne piwo (mają kilka browarów w mieście a my chciałyśmy spróbować każdego) i razem z całym naszym piknikiem wracamy na zielone trawniki pod Ratuszem. Parkujemy rowery, siadamy, jemy, popijamy piwko i cieszymy się chwilą.

O to w podróżowaniu chodzi - liczą się smaki, ludzie, miejsca a nie kolejne punkty na mapie, które trzeba odhaczyć bo zostały wypisane w przewodniku. Zabytki są ważne i po to podróżujemy żeby je zobaczyć ale one nie mogą zasłonić nam całej radości z wyjazdu. Czasem dłużej pamięta się jakiś smak jedzenia czy rozmowę z mieszkańcem niż kolejny kościół na trasie spaceru.

Udaje nam się tak poleniuchować w parku, że do wypożyczalni wracamy kilka minut przed upływem naszego czasu. Sprawdzają nasze rowery - wszystko jest ok i oddają nam kaucję. A my zarzucamy plecaki na plecy i powoli żegnamy się z Kolonią - było naprawdę miło Cię poznać!

Na dworcu tłumy - zaczęły się popołudniowe godziny szczytu, ludzie wracają z pracy do okolicznych miejscowości, studenci wracają z zajęć... Przed nami 45 minut jazdy do Akwizgranu. Krajobraz za oknem zmienia się diametralnie - płaskie jak stół tereny nad Renem powoli robią się pagórkowate. Na południe od Akwizgranu rozciąga się masyw Ardenów. 

Wysiadamy na dworcu w Akwizgranie i jest całkiem inaczej - widać, że miasto jest dużo mniejsze niż Kolonia, jest dużo studentów i dodatkowo te położenie - ulice w mieście są naprawdę pagórkowate, dosłownie jak w Beskidach. Normalnie czad!

Wizytę w Akwizgranie rozpoczynamy od McD i zakupu kawy. Siadamy w słońcu przed dworcem i zastanawiamy się co dalej - czy jechać do naszej gospodyni z couchsurfingu czy jednak zostać jeszcze w mieście i coś zobaczyć. Zostajemy i idziemy do wypożyczalni rowerów. Jest bardziej kameralna niż w Kolonii, rowery też trochę w gorszym stanie i niestety bez bagażników (będziemy tego bardzo żałować, ale o tym później...). Łamanym niemieckim dogadujemy się i za kilka euro mamy rowery wypożyczone na całą dobę!

Informujemy Christine o naszych planach i jedziemy do miejsca gdzie Niemcy stykają się razem z Belgią i Holandią - trójstyk Dreilandereck. Wzniesienie to ma tylko 323 m n.p.m. ale jest najwyższym wzniesieniem Holandii (płaskiej jak stół przecież). Na mapie wydawało nam się niewinnym pagórkiem w odległości niecałych 10 km od dworca. Jedziemy więc drogą nr 1 na zachód w stronę Holandii. Droga jest tak pagórkowata, że często trzeba zejść z rowerów i je pchać bo rowery są miejskie i bez przerzutek. Nasze mięśnie też nie dają rady. Dodatkowo mamy ciężkie plecaki na plecach i po drodze trochę się gubimy więc zaliczamy dodatkowo inne górki...

Zjeżdżamy z drogi w las - widać już wieżę na szczycie. Jedziemy tymi naszymi miejskimi rowerami w lesie, między drzewami i kamieniami, cały czas pod górę. Normalnie etap górski! Co chwilę szukamy pretekstu żeby się zatrzymać i odpocząć...

Docieramy, jesteśmy przeszczęśliwe. Robimy kilka zdjęć będąc równocześnie w 3 krajach i zbieramy się do drogi powrotnej. Zaczyna się ściemniać i miejsce pustoszeje. Zjeżdżamy, cały czas z górki. Dosłownie zatrzymujemy się dopiero w centrum Akwizgranu. Ale jesteśmy zadowolone, udało się wjechać i zdobyć szczyt.

Dojeżdżamy pod wskazany przez Christine adres. Na szczęście wiedziałyśmy wcześniej, że możemy zostawić u niej rowery (inaczej wypożyczenie ich nie miałoby sensu). Christine jest bardzo miłą i pozytywną osobą - studiuje medycynę i dużo podróżuje. Miło nam się rozmawia. A jej mieszkanie - tak przytulne, istne hygge!

Głodniejemy więc idziemy do Billi po regionalne produkty i piwo. Przyrządzamy kolację w iście niemieckim stylu. Gadamy do późna jednak zmęczenie robi swoje - Christine urządza nam kącik do spania w salonie i zasypiamy jak dzieci.

środa, 28 grudnia 2016

miejsce – Niemcy, Holandia (Kolonia, Akwizgran, Maastricht)

czas – 14-18 kwiecień 2016 r.

skład – Andzia i Żaba

liczba przebytych kilometrów – 842km + 939km samolotem, 15km pociągiem Kolonia lotnisko - Kolonia, 70km pociągiem Kolonia-Akwizgran, 32km autobusem Akwizgran-Maastricht, 10 km autobusem Maastricht - Maastricht lotnisko, rowerem po Kolonii i Akwizgranie oraz pieszo

sposób transportu – WizzAir (Katowice - Kolonia oraz Maastricht - Katowice), pociąg Deutsche Bahn, autobus Veolia, rowery w Kolonii oraz Akwizgranie, własny dojazd na/z lotnisko w Polsce

koszty – bilet z Katowic: 54zł/os, bilet do Katowic: 40zł/os, wydatki na miejscu ...

wskazówki - 3 kraje w 3 dni - to się da!

Zdjęcia są tutaj.

Żaba przyjeżdża do mnie i nową furą śmigamy na lotnisko w Pyrzowicach. Zostawiamy auto na tym samym parkingu co ostatnio (przed Toskanią) i idziemy do terminala. Ludzi mniej, poranny szczyt odlotów już minął. Kontrola bezpieczeństwa, odprawa i jesteśmy na pokładzie. No to lecimy!

Na lotnisku w Kolonii jesteśmy przed południem. Już podczas kołowania da się odczuć, że to jest naprawdę duże lotnisko. Trochę czasu zajmuje nim samolot "zaparkuje" na swoim miejscu. Wychodzimy. Lotnisko jest wielopoziomowe - na jednym poziomie odloty, niżej przyloty a na samym dole pociągi regionalne do Kolonii lub w drugą stronę. Kupujemy bilety w automacie, wsiadamy, jedziemy kilkanaście minut i jesteśmy do Kolonii. Kiedy zbliżamy się do głównego dworca nagle wyrasta Katedra. A jacie...

Wychodzimy z dworca i w pobliskim McD kupujemy dwie największe kawy. Pierwszy raz rozmawiam po niemiecku. Siadamy z kawą na schodach pod Katedrą i szczęki nam opadają. Takie robi wrażenie. Po prostu siedzimy i gapimy się w jej ogrom i majestat. Wypijamy kawę i wchodzimy do środka. Trzeba wysoko zadzierać głowę...

Przechodzimy przez most Hohenzollernów na drugą stronę rzeki. Na moście są zawieszone tysiące kłódek - jeszcze czegoś takiego nie widziałam. Dosłownie jakby muchy obsiadły most w każdym jego miejscu. Przejście przez most trochę trwa bo Ren w Kolonii jest dosyć szeroki, więc idziemy i idziemy...

Po drugiej stronie Renu jest wieżowiec Koln Triangle. Wyczytałam na forum f4f, że na jego dachu jest platforma widokowa a wejście nie kosztuje fortuny. Tak więc decydujemy się na wjazd windą na górę tym bardziej, że pogoda jest dobra. Na górze możemy chodzić naokoło, jest panorama 360 stopni. Jest przeszklona ściana z pleksi a dodatkowo na niej grafiki różnych miejsc na horyzoncie co bardzo ułatwia obserwację i rozpoznawanie. I dopiero będąc na tarasie widać ogrom Katedry, jak bardzo góruje nad miastem...

Schodzimy i głodniejemy. Znajdujemy budkę z jedzeniem i zamawiamy kiełbasę z pieczywem. A regionalne piwo tak wspaniale smakuje w promieniach popołudniowego słońca... Pogoda jest świetna, siedzimy na nabrzeżu Renu i autentyczną radość sprawia nam wygrzewanie się w słońcu i obserwowanie barek z węglem na rzece...

Wracamy mostem na drugą stronę rzeki i jesteśmy w okolicach Ratusza i Starego Miasta. Pod Ratuszem setki ludzi siedzą na zielonej trawie - popijają piwo, robią pikniki, rozmawiają... Decydujemy się tutaj zostać, musimy jedynie znaleźć sklep. Nie jest to takie łatwe ale znajdujemy ichniejszy monopolowy i kupujemy kolejne regionalne piwa. Rozkładamy się na trawie, pijemy Kolscha i nic więcej nam do szczęścia nie potrzeba...

Słońce powoli chyli się ku zachodowi więc idziemy w stronę Friedenstrasse, gdzie mamy spotkać się z Bernhardtem - naszym couchsurfingowym gospodarzem. Trafiamy bez problemu pod wskazany adres, chwilę rozmawiamy z naszym gospodarzem. Pytamy się czy wieczorne wycieczki po mieście są bezpieczne - i kiedy Bernhardt mówi nam, że w centrum nie powinnyśmy się czuć zagrożone a jego dzielnica jest typową sypialnią a nie dzielnicą imigrantów - decydujemy się na wieczorne wyjście na zdjęcia.

Po drodze zaliczamy kebab - całkiem inny niż kebab znany nam w Polsce. Podpieczona pełnoziarnista bułka, świeże warzywa, chude grillowane mięso i żadnych sosów. Kebab fit istnieje! Idziemy w stronę Katedry i mostu, drugą stroną rzeki. Dosyć długo czekamy na podświetlenie jednak o 21 włącza się wszystko. Efekt jest niesamowity! Katedra świeci się jak srebro a most jakby był zrobiony ze złota. Nogi bolą nas niemiłosiernie, przed nami jeszcze droga powrotna ale naprawdę było warto.

Wracamy do mieszkania i oglądamy jeszcze końcówkę meczu Ligi Europy Liverpool - Borussia Dortmund. Co to był za szalony mecz, ile emocji i zwrotów akcji! Nasz gospodarz jest tak miły, że ścieli nam łóżko i mamy całą kanapę w salonie dla siebie. Świeża pościel po całym dniu naprawdę potrafi zrobić różnicę. Zmęczone ale szczęśliwe zasypiamy jak dzieci...

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 35