Ziemia jest okrągła i można ją całą objeździć...
To mój pamiętnik z podróży. Samolot, autostop, namiot, couchsurfing i nie za dużo w portfelu - tak można scharakteryzować wyjazdy, z których relacje i zdjęcia zamieszczam na tym blogu. Staram się pokazać, że aby zwiedzać świat nie trzeba mieć dużo pieniędzy. Wystarczy wyobraźnia i odwaga w realizacji celów. Swoimi wspomnieniami chciałabym zainspirować innych do spełniania marzeń. Pozdrawiam!
Blog > Komentarze do wpisu

Luksemburg i Niemcy, 4 kwietnia 2017, wtorek

Wstajemy wcześnie bo do ogarnięcia dużo rzeczy: zobaczyć Koblencję, wrócić o czasie na lotnisko po drodze oddając zatankowany samochód. Challenge accepted!

Jemy obfite śniadanie i pakujemy się do końca. Już mamy wychodzić ale jest jeden problem - Mareike ciągle śpi. Głupio tak ją budzić (wczoraj powiedziała, że wstanie) ale jeszcze bardziej głupio tak wychodzić bez pożegnania.. Czas ucieka. Na szczęście Mareike wybawia nas z opresji i wstaje. Żegnamy się dosłownie na progu i wychodzimy.

Dzień zaczynamy od kawy, a jakże. Koblencja powoli budzi się do życia. Idziemy jeszcze do informacji turystycznej a następnie w stronę Renu i Pałacu. Deptak nad Renem - coś fantastycznego. Po Renie cały czas pływają barki - wracają wspomnienia ubiegłorocznej wizyty w Kolonii. Naszym celem jest Deutsches Eck - miejsce gdzie Mozela wpływa do Renu.

Deutsches Eck jest ogromny - nie spodziewałam się, że aż tak. Fajne miejsce do relaksu i gapienia się w wodę. My jednak nie mamy aż tyle czasu więc szybko wracamy. Idziemy przez Stare Miasto, po drodze zahaczamy o najważniejsze punkty z mapki. Frytki też jemy w biegu.

Wracamy pod dom Mareike i wsiadamy do samochodu. Kierunek lotnisko. Przy lotnisku tankujemy do pełna oraz oddajemy plastikowe butelki. Maszyna do ich przyjmowania sprawiła nam niezłą frajdę! Fajne to było.

Lokalizujemy właściwy parking przy terminalu - tam gdzie mamy oddać wypożyczony samochód. Po chwili pojawia się gościu z obsługi, pobieżnie ogląda samochód, zabiera nam kluczyki i mówi, że wszystko ok. Na koniec robimy sobie pamiątkowe zdjęcie naszego kilometrażu i idziemy w stronę terminala.

Na terminalu jesteśmy po 12:30 Idealnie! Dojadamy resztki z naszych plecaków, przechodzimy przez kontrolę bezpieczeństwa i w zasadzie tyle. Jednak żeby nie było tak nudno to ja zaliczam przygodę - stojąc na schodach do wejścia do samolotu wiatr wyrywa mi kartę pokładową z ręki. Tylko widzę jak leci hen, daleko ;). Zbiegam ekspresem po schodach i zaczynam ją gonić po płycie lotniska. Na szczęście pan z obsługi łapie kartę i oddaje mi - mogę wracać. Aha, i stewardessa sadzi mnie w rzędzie 13-tym, awaryjnym. Żaba myślała, że ja pomyliłam rzędy - wraca do mnie. A stewardessa orientując się, że lecimy razem - i ją sadza na awaryjnym, na przeciwko ;). Śmieszny ten koniec wyjazdu. To były dobre 4 dni.

niedziela, 23 kwietnia 2017, andzia_p_84

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: